Grupa DELFIN
Strona głównaLista dyskusyjnaArtykuły Thursday, 09 September 2010
Szukaj
Gość
Login  
Hasło  

Rejestracja
Zapomniałeś hasła?
Nawigacja
Lista dyskusyjna
Artykuły
Księga Gości
Fotogaleria
Kontakt
Informacje osobiste
Szukaj

Katalog stron www
Polecane strony www
Nasze banery
Nasz Przewodnik
Odżywianie w SM
Nasze odżywianie
Mama z SM
Problemy z pęcherzem
Różne
Inne
Codzienność
Moc wyobrażni
Ruch i ćwiczenia
Doniesienia naukowe
Ośrodki rehabilitacyjne
Ciekawostki
dr Joanna
Odpowiedzi
O lekach
Przewodnik SOBIE MOC
Raporty z podróży
Refleksje i listy
Rehabilitacja Wielow...
Tłumaczenia
Agata Augusiak
Opowiadania
Andrzej P.
Wiersze
Iza Bednarczyk
Polecane lektury
Przemyślenia, cytaty...
Wiersze
Moje projekty
Ksiądz Tomasz
Homilie rok 2002
Homilie rok 2003
Homilie rok 2004
Homilie rok 2005
Homilie rok 2006
Homilie rok 2007
Homilie rok 2008
Homilie rok 2009
Homilie rok 2010
Kazania okolicznościowe
Rysiek Pilch
Poprawa mojego zdrowia
Sabina Urbaniak
O Sabinie
Listy
Modlitwy
Refleksje
Wiersze
Zdrowienie
Zbyszek Rękas
O mnie
Naturalne Leki
Przepisy kulinarne
Zosia Choińska
O mnie
Opowiadania
Ważne książki
Poprzednia strona
Lubię pokonywać siebie
Kiedy znalazłam się w tej sytuacji, cały czas żyłam nadzieją, Potem już tylko miesiąc, najdalej półtora, i człowiek wstaje, wraca do życia. Cały ten czas trzymano mnie «pod kloszem» i choć mnie uświadomiono, że ta moja choroba nie jest wcale taką krótką sprawą, że będzie to trwało znacznie dłużej, lekarze zaczęli mnie przyzwyczajać do tego, że nie będzie tak łatwo. Wtedy zrozumiałam, że wrócić do normalnego życia będzie ciężko, inaczej niż to sobie wyobrażałem. Żyłam w przekonaniu, że wstanę, po prostu coś się stanie i wstanę. Po upływie tego czasu uświadomiłem sobie, że jeśli tak dalej będę postępowała, to całe życie spędzę w domu na łóżku. I wtedy nastąpił we mnie jakiś przełom. Zacząłem bardziej otwierać się na ludzi, wychodzić do nich, powoli uczyłam się na nowo żyć, wracać do przyjaciół. Dzięki zmianie otoczenia – myślę – jakoś uchroniłam się przed psychicznym załamaniem, które – jak wiem – spotyka wielu niepełnosprawnych, żyjących na wózku, chorych na SM, czy też chorych na nowotwory.

W moim przypadku najważniejsza okazała się rodzina. Bez niej, bez brata, nie mogłabym wyjeżdżać z domu i spotykać się z ludźmi. Gdyby nie moja rodzina, to może nie spotkalibyśmy się, ja i Przyjaciele, tu, w moim domu. Zostałam – osobą, która wymagała permanentnej troski o to, by nie pojawiły się niepotrzebne – zawsze w tym rozpoznaniu niebezpieczne – zapalenie płuc czy odleżyny, co może stać się przyczyną śmierci. Tylko dzięki przyjaciołom moje płuca prawidłowo pracowały, a ciało zachowało świeżość. To oni przez sześć dni w tygodniu dojeżdżali do szpitala i już od 8-mej rano stosowali różne masaże. Po prostu – robili wszystko. Byli pielęgniarzami, innym razem salowymi, i tak co dnia do godziny 19-tej. Potem jechali do domu. W niedzielę czasami mieli wolne, wtedy przyjeżdżali mama i brat . To dzięki nim i Opatrzności mogę uczestniczyć w życiu społecznym.

W swoim życiu miałam różne wzloty i upadki. Trzeba pamiętać, że łączę w sobie nie tylko dolegliwości natury fizycznej – jak niewydolność sprawnościową – ale też utrudnienia natury fizjologicznej. Kto wie, czy nie jest to największą udręką w tym schorzeniu. Pewnych rzeczy nie można zrobić samemu, a wtedy cały świat wali się na głowę. Wówczas czuję się najbardziej słaba, nic nie znacząca. Ciężko się mówi o takich rzeczach… Kiedy wraca się do czasów przed chorobą, to ciepło się robi w sercu i łezka kręci się w oku. Powiem szczerze, że dawno o tych rzeczach z nikim otwarcie nie rozmawiałam. Już minęło 35 lat, od kiedy to wszystko zaczęło się dziać a dotyczy to SM a teraz od paru lat doszła choroba nowotworowa z przerzutami. Taka była i jest rola mojej rodziny i przyjaciół i tylko im właściwie zawdzięczam to, czym mogę obdarzyć tych, którzy są w podobnej sytuacji".

Opatrzność miała udział w ratowaniu mi życia, Początkowo myślałam, że przeklinam Ją za to, że pozostawiła mnie przy życiu, bo cały mój świat się zawalił. Przed diagnozą SM byłam bardzo sprawną, młodą osobą, pełną życia, a w pewnym momencie wszystko to się zmieniło, ale jeszcze gorzej było gdy postawiono diagnozę nowotwór kości, potem niespodziewanie dwa zatory plucne. Myślałam wtedy «po co?», «dlaczego?». Lepiej byłoby umrzeć i zyskać spokój dla duszy. Wszyscy mieliby mniej kłopotów…

Lecz kiedy tak zaczęłam rozważać ścieżki mojego życia – wyszły zupełnie inne przemyślenia. Myślałam sobie, że może szkoda by było tego wszystkiego, bo przecież czasami nie jest tak źle, wręcz fajnie, nieraz nawet lepiej niż fajnie… To zależy od wielu czynników, od dnia, od okoliczności, bo reaguję na wszystkie zjawiska tak jak normalny, zdrowy człowiek, który miewa także chwile słabości. Też jestem uzależniona od efektów: jak i czy mi się coś uda. Powoli zaczęłam myśleć, że Opatrzność coś w moim życiu znaczy. Może te choroby jak SM i nowotwór są formą pokazania innej strony życia? Nie tylko, powiedzmy sobie: popularności, zdrowia, sprawności, że na wózku też można żyć… Można ludziom pokazać coś więcej, a nawet stać się przykładem i wielu innych wyciągać z domu. Przyznam, że mam znajomych i przyjaciół z SM, takich jak ja, młodych , którzy «łamią się» i siadają na wózki. Staram się do nich jeździć, rozmawiać z nimi, pomagać, pokazywać, że można inaczej, że świat się nie zawalił. Ciężka jest to praca, bo przeważnie rodzina takiego chorego w pierwszej chwili bardzo się asekuruje. Nie dopuszczają do siebie myśli, że ich dziecko, mąż czy żona może siedzieć już całe życie na wózku. Z przerażeniem patrzą na mnie i nawet izolują swojego chorego. Ale potem, kiedy minie ten okres, kiedy widzą, że nie wróci się z tej choroby w miesiąc, dwa, ale że może to potrwać dłużej lub nigdy się nie skończyć, biorą sobie moje słowa do serca, a nawet stawiają mnie za przykład, jak można inaczej żyć na wózku z SM - em i z choroba nowotworową. Mogę z innymi żyć i im pomagać. Muszę się nieskromnie pochwalić, że parę osób zrozumiało, dzięki mnie że wózek pozwala na czynne życie, na przełamywanie barier, a nawet na zdobycie uznania ludzi".

Mam zamiłowanie do robótek ręcznych szczególnie szydełkowych i cieszę się jak mogę coś zrobić sama. Mam też komputer i wielu przyjaciół «mailowych» w internecie. W mojej skrzynce adresowej jest bardzo dużo ciekawych kontaktów z całej Polski i świata. Utrzymuję stałą korespondencję z osobami z Czech, Niemiec, Francji, z jedną osobą ze Stanów Zjednoczonych i Anglii. Jest to bardzo przydatna, poręczna forma komunikacji, wyjątkowo sprawna i szybka. Ułatwia mi życie. Najbardziej jednak kocham robótki ręczne. Jest to pasją mojego życia.

Copyright © Grupa DELFIN 2005-2006

1211638 wizyt

Powered by PHP-Fusion v5.01 © 2003-2005